sobota, 6 czerwca 2009

Polonisteczki

Pańska fizjonomia mnie urzeka
pożądam i czekam
by rozerwać koszulę
i pocałować czule
tors umięśniony
w owłosienie obleczony
łowczyni noszę miano
bo utraciłam już dawno wiano
kochanką Twoją zostanę
od przodu od tyłu na wspak
daj mi tylko znak
Prawdziwe polonisteczki-dwudziesteczki-ciasne cipeczki zakochane są w swoich słodkich wykładowcach, których Bóg stworzył na pokuszenie, których Bóg obdarzył urodą i intelektem. Połączenie to iście diabelskie wzmaga chuć polonisteczek-dwudziesteczek-ciasnych cipeczek. Nie mogą spać. Nie mogą jeść. Nie mogą pisać. Ubierają więc głębokie dekolty i przykrótkie spódniczki i czekają na pytanie o numer telefonu.
Polonisteczki-dudziesteczki-ciasne cipeczki zawsze dostają oceny bardzo dobre z egzaminów ustnych.

sobota, 23 maja 2009

Niepokoje

Szczęście nie ma Twojego imienia
Nęci mnie widmo zbawienia
Po trzech latach cierpienia
Bez imienia dni mijały
Bez celu wyższego
Z łyżką w ręku i w wałkach
Jak w zegarku chodziłam
Byś wolny czas na zabawie przepędził
I opiekę należytą otrzymał
Z rąk kobiecych 
Wyrwać Cię nie mogłam
Bezbożna i nieszczęśliwa
Będę jeszcze długo żyła
Jak wytłumaczysz dziecku nienarodzonemu
Że kawał z Ciebie chuja
Mężczyznę udającego
Niańczyć już nie będę chłopa dorosłego
W pełni rozwiniętego
Nie dla Ciebie wagina moja
Na wagę złota ona
Byłe komu niestworzona
Obyś nadal bawił się dobrze
Bez wyrzutów sumienia oraz troski istnienia
Pustka przez Ciebie przemawia
Której unieść dalej nie mogę
Tym razem mnie pomóc trzeba
Obejdzie się bez ckliwego łaknienia
Piersi mojej
Wyznaj swoje grzechy
Dla mojej uciechy
Bym w spokoju odejść mogła

A zatem


Miłość tu nic
Do rzeczy ma
Zachowuj się stosownie
Do okoliczności
Złamanego serca mojego
Twoje przestało bić dawno temu
Odkąd włos w warkocz zaplatać mogę
Granic bólu nie zmierzę termometr nie zadziała
Bez czucia ciało zimne serce lodowate
Chcesz? 
Ofiaruję Ci w tej podzięce aortę i zespół
Drobniutkich naczynek
Przewrotny to mechanizm
W Twoich dłoniach działa
Ze mną już nie ta zabawa
Duszę się dławię zaraz wykrwawię
Z oczu zejdź moich
Bielmem już zachodzą 
Miłość tu do rzeczy ma wszystko
Nie mogę jeszcze jej wyrzucić
Na wysypisko odpadów uczuciowych
Bez cierpienia życie mnie uwiera
Uśmiech rzadko na ustach zagości
Nie jesteśmy już dziećmi
Pierścionka już nie noszę
Za nędzne trzy grosze
Kosztuje dusza moja
Ciało wartości już nie ma
Zbyt często posuwane
Nie należy do mnie

poniedziałek, 4 maja 2009

liryką ponęca na patyku krolewna

Kara być musi
W sensie religii Twojej
Dopuściłam się tysiąca grzechów
Jaka ze mnie Ewa
Ona kawałek jabłka jedynie
W ustach trzymała
Później penisa smak poznała
I dzieci tyle miała
A kim ja jestem
Już nie kobietą
Człowiekiem tym bardziej
Nazwać mnie nie możesz
Żona Twoja nie zostanę
Błąd na błędzie mi wytykasz
Jestem suką ogrodnika
Co zrobić mam z miłością
Która Ciebie pogrąża
A mnie poniża
Jestem na wyciągnięcie ręki
Nie sięgasz do tych miejsc
Które niezwykłymi zwykły być
***

Świeć nad mą duszą
Posłuchasz od razu
Precz z mego serca
Tego nie usłuchasz
Twojego smutku
Brzemienia bez imienia
Udźwignąć nie zdołam
Spalam się
Od nowa powstaję
Nie lubię tkwić
W tej samej pościeli
Z okazji niedzieli
Nie pieli bez końca
Zarządca ogrodów
I schodów krętych
Wincenty lekko zmięty
***

Piosenki o miłości
Nie zaśpiewam
Strun głosowych naruszać
Zbędnie nie zamierzam
Mocno jak kochasz mnie Ty
Mało zbyt by wiedzieć
Że ową już nie jestem
Coś zmieniło się po drodze
Okres metatezy
Czas na zmiany
Nie ma już liczby mnogiej
Jestem ja
Tak jak Gombrowicz
Przez wszystkie dni tygodnia
Zbawiam siebie od nowa
I nie wiem kim jestem
Kim być mogłam
Znam to doskonale
Do poprawki dusza
Do odsiadki
Za złe zachowanie
***

Nie tworzę z radości serca
Mnie ból uśmierca
W środku sedna sprawy schowany
Szczepionka żadna pomocna
Radości między wierszami
Nie uświadczysz
Tu biuro spraw żywotnie śmierdzących
Zapukaj otworzę
Spojrzę
Już wiem

sobota, 18 kwietnia 2009

Panny

Niektóre panny są jak dziewanny
Zwyczajne proste i pospolite
Ich życie
Nic nie warte
Gdy pomysły
Z rąk drugich pochodzą
I trwożą plagiatu obrazem
Tym razem
Gdy będziesz blisko
Panno nie wydana
Z rana
Obmyślać nowe wytwory
Przeczytaj słów kilka
Nie wywołasz wtedy wilka
Zemsty groźnego
Dlatego używaj szarych komórek
Nie rurek
Pozbaw się kompromitacji
W tej akcji

czwartek, 26 marca 2009

Freud gastryczny pożera

Mężczyzno, mój Panie
zdejmij ubranie
i dusze na dłoni mi podaj
nie jestem godna
owocu miłości dotykać
Freuda znam tylko gastrycznego, co chcę ich zjeść, pożreć, wchłonąć. Przez żołądek do serca, przez żołądek do waginy. Wyginam się więc, z nim bitwy toczę, czasem zwycięstwa odnoszę. Staram się być niewolnicą, służką. Najchętniej jednak bywam praczką, co nad Wisłą swe sweterki od Prady pierze, tylko w chłodnej wodzie. Ręce się więc niszczą, dotknąć się nie dasz. Nie trać lecz nadziei, że coś się może zmienić. Ja jak ten kopciuszek, zrobię sobie na zimę kożuszek, w nim wyruszę i Cię wzruszę. Ty arystokrata, krew błękitna, krew złota. Nic to jednak nie zmieni, bo lubisz spółkować ze służebnicami. Nie zarażę wenerę, nie będę zbyt szczerą, bo płód nasz do beczki skryję, płachtą brudną nakryję.
nie jestem sama
lekko odziana
myśli moje wokół
jestem w amoku
myślenia
niczego to nie zmienia
tworzenia nie zatrzyma
wiekopomna chwila
gdy samotność dana
jestem roztrzepana
jak dama
Z tymi damami w łożach z baldachimem się pokładasz. Mnie prowadzisz na bezkresne łąki, na Wisły brzegi, gdzie Wars i Sawa miłości byli splątani. Damy dumnie pierś pokazują. Ja licha służka, praczka, kornie na kolana padnę, do ust wezmę snadnie. Nie trzymaj mej głowy tak mocno kochanie, bo zaraz się czymś po prostu udławię. Potem będziemy pokładali się na tej trawie, gdzie i Wars był na Sawie, a ja zmówię do Matki Boskiej litanię. Dziś tajemnica bolesna, bolesną jest kobiecość.
lecz tęsknie i marzę
o dłoniach gładkich
bez przesiadki
lecz z górki lubię
wędrówkę przez otchłanie
nie dam Ci dziś nic wartościowego
to cos złego
gdy mile miedzy nami
krzyknij do mnie
moja pani
się nie pali
dobrze będzie
pójdzie gładko
ugryź sobie ciastko
i głowę na poduszce złóż
niech nawiedzi Cię
7 muz
Mnie już nienawidzą. Te greckie lafiryndy, którym skradłam Apolla, bo zadurzył się we mnie fatalnie. Na chwilę, a nawet na dwie.

Módl się do Bozi, bo mój wzrok Cię zmrozi.

wypalimy z gliny
serca puste od środka
żadna z nas cnotka
kobieta prawdziwa
Zasadniczo pławię się w nienasyceniu luksusem. Nie mam na myśli materii. Metafizyka wita i mnie połyka. Mam na jej punkcie bzika. Liżę kolory. To moje wybory. O smak idealny się rozchodzi.
oddycha myśli czuje
nawet nie pomyślisz
jak ona pracuje
całodobowo rekordowo
doskonale
uciekaj kochanie
Nie dzielę włosa na cztery włoski. Z mych ust płynie melodia żałości, złości to taka mieszanka miłości, mych uczuć bez liku. Z tęsknoty drę koty z kim popadnie. Na dnie męty pozostają. Może dziś zostanę plamą czerwoną na Klimta obrazie.
a nie okazji wyszukujesz
nie z nami te numery
szukaj lepszej bajery
bądź szczery powiedz do cholery
że o dymanie ci chodzi
pomódl się do Bozi
by chuć Twą ochłodziła
i Ciebie ocaliła
Perwersja mnie dopada. Rozprysnąć się na płótnie. Farbą suchą pozostać, by usta ludzkie nigdy nie przestały mówić. Och. Ach.